„Czasami nie nadążam”

Zanim została zakonnicą, skończyła psychologię, wspinała się w wysokich górach i pracowała u Matki Teresy. Nazywają ją „siostrą od narkomanów”.
Siostra Jolanta Glapka, marzec 2016 r. Fot. Filip Klimaszewski dla „TP”
C

Czasami nie nadążam – mówi, kiedy pierwszy raz słyszy jakieś młodzieżowe słówko. Ale młodzi, z którymi pracuje, twierdzą inaczej: siostra Jolanta musi nadążać, skoro postawiła budynek wysoki na dwa piętra. Mówią do niej „ciocia” albo zwyczajnie „siostra”. Kiedy jakiś projekt potrzebuje reklamy, stawiają ją przed kamerą i to wystarczy. Siostra zawsze powie coś fajnego.

Ale nie zawsze jest fajnie. Szczególnie kiedy przychodzi porażka, bo któryś z podopiecznych znowu wrócił do nałogu. Nazywają ją: „siostra od narkomanów”. Przepracowała z nimi 20 lat.

Nadrabianie

Centrum Pasja Życia powstaje w podwarszawskim Legionowie.
Budynek widać z daleka. Jego budowa zbliża się do końca, ale zostały jeszcze wykończenia. Bardzo drogie – wstawienie okien będzie kosztować ok. 300 tys. zł. To dlatego Fundacja Pasja Życia prowadzona przez s. Jolantę Glapkę zdecydowała się poprosić o wsparcie darczyńców. Tym razem poprzez crowdfunding (zbiórkę organizowaną w internecie).

Do tych, którzy zdecydują się pomóc, trzeba jakoś przemówić. Najlepiej filmem. To zadanie wzięli na siebie Gosia i Bartek. Ona jest wolontariuszką, której znudziło się życie dla siebie samej. On – też wolontariusz, któremu s. Jolanta pomaga tak jak innym swoim podopiecznym: żeby nie wrócił na złą ścieżkę.

Spotykamy się w Legionowie. Gosia i Bartek zasłaniają głowy kapturami, bo strasznie wieje. W takich warunkach trudno się skupić. – Muszę powiedzieć coś do kamery, najlepiej o swoich pasjach, a trochę się wstydzę – mówi Gosia. Za kamerą stoi Bartek, który w mediach pracuje na co dzień.

– Siostra Jolanta to taka ziomalka – mówi Gosia. – Bardzo łatwo nawiązuje kontakty, jest otwarta. Sprawia, że każdy czuje się z nią jak z bliskim przyjacielem. Chociaż nie znamy się długo, mam wrażenie, że kumplujemy się od lat.

Dlaczego zdecydowali się pomóc? – Bo chciałam dać coś od siebie innym – mówi Gosia.

Bartek: – Bo za dużo czasu zmarnowałem. Teraz nadrabiam.

Ratowanie

Nigdy nie chciała zostać zakonnicą. Kojarzyły jej się one z czernią i smutnymi minami. Ale Pan Bóg – jak mówi s. Jolanta – miał plan, a na jego plany nie ma siły.

Jej ojciec jest ideowym komunistą. A jednocześnie – mówi zakonnica – najuczciwszym człowiekiem na świecie. Buduje komunizm i patrzy, jak jego ukochana córka przeciwko komunizmowi się buntuje. Jolanta, kiedy widzi esbeka, macha w jego stronę książeczką do nabożeństwa. Gorliwie praktykuje, a kiedy ojciec przekonuje ją, żeby nie chodziła na msze, cytuje mu paragraf z PRL-owskiej konstytucji – że każdy ma prawo do wolności sumienia.

Dopiero po latach s. Jolanta dowie się, że ojciec miał z tego powodu problemy. Ale nigdy nie zabronił jej praktykować. Przeciwnie: Jezusa uważa za doskonały przykład komunisty. Zaszczepia w córce miłość do gór. Później s. Jolanta będzie należeć do klubu alpinistycznego, w stylu klasycznym wejdzie na tatrzańskie szczyty – Sprężynę i Kazalnicę.

Kiedy na początku lat 80. wstępuje do zakonu, ojciec przyjeżdża ją pożegnać. Daje jej w prezencie piękną kołdrę. „Tatuś, ale my tu mamy wszystko wspólne” – mówi Jolanta. „Udało wam się to, co nam nie wyszło” – odpowiada ojciec.

Jeszcze przed wstąpieniem Jolanta Glapka studiuje psychologię, bo chce „pomagać ludziom”. Chodzi po górach i marzy o trekkingu pod Mount Everestem. W lipcu 1980 r. razem z kuzynem jedzie do Kaszmiru. Podczas wspinaczki Jolanta potyka się i spada do rzeki. Prąd porywa ją w dół. Próbuje się wydostać, ale traci siły, powoli się poddaje. Kiedy znika nadzieja na ratunek, ma wrażenie, że słyszy silny głos: „Walcz!”. Jeszcze raz próbuje. Udaje się. Dociera do Kalkuty. Zaczyna pracę jako wolontariuszka w tzw. umieralni Matki Teresy.

Powołanie

W Kalkucie deklaruje, że jest gotowa na wszystko. Kiedy wchodzi do umieralni – miejsca, w którym dogorywają najciężej chorzy – cofa się o trzy kroki.

– Przeżyłam szok – mówi dzisiaj. – Zobaczyłam ludzi czekających na śmierć. Uświadomiłam sobie, że stamtąd nie wyjdą. Ciężko to przeżyłam, zastanawiałam się, czy nie wrócić. Ale w końcu powiedziałam sobie, że nie po to tu przyjechałam, żeby od razu uciekać. Postanowiłam się z tym zmierzyć.

Odkrywa, że w sytuacjach ostatecznych ważne jest spotkanie z drugim człowiekiem. Nawet jeśli nie zna obcego języka. – Zobaczyłam starszą panią w bardzo poważnym stanie – opowiada. – Usiadłam i po prostu zaczęłam słuchać. Nie znałam ani jednego słowa w jej języku, ale tak naprawdę rozumiałam wszystko. Wystarczyło spojrzeć w jej oczy.

Taka „mowa serca” – jak mówi s. Glapka – przyda jej się w pracy w ośrodkach dla uzależnionych. – Ludzie z nałogiem narkotykowym opowiadają o swoim życiu, jednak często są to tylko suche fakty, daty, miejsca. Ale ja wiem, co się pod nimi kryje. Co wtedy czuł i dlaczego tak postąpił. Słuchanie cierpienia otwiera na innych.

Nie od razu rozpoznaje powołanie. Miną cztery lata, zanim spotka „charyzmatycznego księdza”, który przekona ją do zakonu.

Wybiera Zgromadzenie Najświętszego Serca Jezusa Sacré Coeur. Zostaje zakonnicą i psychoterapeutką. Choć bardziej uważa się za „misjonarkę”. – Zawsze zależy mi na relacji z Chrystusem, który jest w każdym uzależnionym. Bo każdy z nich dźwiga swój krzyż – mówi.

Przez lata pracuje w ośrodkach dla uzależnionych, m.in. w Anielinie i Piastowie. Codziennie poznaje narkomanów, alkoholików, uzależnionych od hazardu i pornografii. Stara się budować z nimi bliskie relacje, ale tak, by zawsze istniała jakaś granica. Bo nałogowcy potrafią zbliżać się za bardzo, dzwonić z każdą sprawą, z każdym problemem do niej przychodzić.

Naprawianie

Na przykład 33-letni Bartek, który dziesięć lat poświęcił na karanie samego siebie: alkoholem, narkotykami i życiem na marginesie. O przeszłości nie mówi wiele. Osiągnął dno i tyle. Kiedy ktoś po raz pierwszy uświadomił mu, że można inaczej, był wrakiem człowieka.

W tamtych czasach np. wsiadał do pociągu nad morzem i jechał w góry. Zeszłej jesieni pojechał po raz ostatni. Wysiadł w Krakowie i szukał stopa przez mobilną aplikację. Odezwały się trzy dziewczyny, no to się z nimi umówił. Kupił na stacji parę piw i wsiadł do samochodu, w którym wszystko miało się zacząć.

One jechały na rekolekcje do Zakopanego. Nie wyglądały na wierzące, inaczej sobie takie wyobrażał. Częstował je browarem, to piły, i śmiały się w głos. On przedstawił się innym imieniem i zmyślił, czym zajmuje się na co dzień. Ze wstydu czy dla żartu – teraz już nie pamięta.

Rozdzielili się u celu, ale nie na długo. Bartek dołączył do dziewczyn tego samego dnia. Podczas rekolekcji przeżył wstrząs. Na drugi dzień poszedł z dziewczynami w góry. Wspinał się w tym, co miał: w trampkach i podkoszulku. Wysiłkiem była nie tylko wędrówka w górę, ale i opowieść o swoim życiu. Wtedy postanowił, że wszystko zmieni. Trzyma się tego do dziś.

S. Glapka. – Współpraca Bartka ze mną to forma terapii – mówi zakonnica. – On wie, że może przyjść nawrót, ale bardzo się stara i angażuje.

Gosia ma 26 lat i pochodzi z Warszawy. Jest menedżerką kultury, ale kiedy zaczęła pracować w zawodzie, zobaczyła, że niewiele może zdziałać. Od zawsze kochała taniec. Znalazła dobrą pracę i mogłaby żyć jak większość jej znajomych – martwiąc się jedynie o własny komfort. Nie zawsze wierzyła tak mocno jak dzisiaj. Wychowała się w katolickiej rodzinie, ale raczej się nie angażowała.

Niecały rok temu przeżyła coś, co może nazwać nawróceniem.

Postanowiła pójść pod prąd. – Nie jest łatwo być młodą praktykującą katoliczką – mówi. – Ludzie nie potrafią zrozumieć: „A po co ci to?”. Ale dzisiaj, kiedy spotykam różne osoby, które mówią wyłącznie o tym, co kto kupił, jak imprezował, to mam dość. To w ogóle nie jest dla mnie ważne. Mam wrażenie, że młodzi są dzisiaj płytcy, puści. Nie chcę żyć z dnia na dzień, wyłącznie dla przyjemności.

Chodzimy wokół budynku w Legionowie, przyglądamy się murom, w którym tacy jak Bartek będą budować życie od nowa. Ci, którzy wyszli z nałogów, zamieszkają na ostatnim piętrze w specjalnym hostelu. Na dole urządzone zostaną sale, w których „normalna” młodzież będzie mogła rozwijać swoje talenty i pasje na specjalnych zajęciach i warsztatach muzycznych, tanecznych i teatralnych. Wszystko – by nigdy nie sięgnęli po to, po co sięgnęli lokatorzy ostatniego piętra.

– Są momenty, że aż się trzęsę, żeby zapalić. Ale nie mogę się poddać.

Teraz widzę sens, wcześniej go nie miałem – mówi Bartek. Odciął się od poprzedniego środowiska, za nic nie chce do niego wracać. – Niech myślą, co chcą, ja to robię dla siebie. Nie dla samej satysfakcji, ale żeby się czegoś nauczyć. Byłem w ośrodku dla uzależnionych w Piastowie i zobaczyłem tych wszystkich złamanych przez życie ludzi. Tam nabrałem pokory. Wychodzę na prostą.

Pomaganie

Na początku s. Jolanta pracuje w ośrodku w Anielinie całe dnie i noce. Nie bardzo wie, ile czasu powinna poświęcać podopiecznym. Patrzy na nich: mają po 20 lat, a jakby przeżyli już ze sto. Angażuje się; po wysłuchaniu trudnej życiowej historii odchorowuje ją przez tydzień. Z czasem uczy się zdrowego dystansu.

– W ośrodku pracuje się głównie nad ciałem, ale to część duchowa terapii jest najważniejsza – mówi. – Wobec tych ludzi trzeba być autentycznym, wyczują każdy fałsz.

Jedna z narkomanek podczas pielgrzymki do Częstochowy mówi jej: „Nie wiedziałam, że w Polsce może być tyle trzeźwej młodzieży”. Ona przede wszystkim stara się budować w nich poczucie wartości. Większość uzależnionych przeszła w dzieciństwie i młodości traumy. Są samotni i pozbawieni wzorców. A jednocześnie bardzo utalentowani. Dlatego w powstającym centrum będą mogli rozwijać swoje pasje.

Pod koniec ubiegłego stulecia s. Jolanta zaczyna myśleć, że w Polsce brakuje miejsc, w których spotykałaby się trzeźwa młodzież. Kiedy umiera papież, stoi z byłymi narkomanami na placu św. Piotra w Rzymie.

Najpierw patrzy, jak budują swój świat na nowo, a potem – jak wracają do narkotyków. Postanawia stworzyć miejsce, które ich od tego uchroni.
W 2006 r. powstaje Fundacja Pasja Życia, kilka lat później – pierwszy projekt Centrum. Czego ją uczy praca z uzależnionymi? – Na pewno wrażliwości na człowieka – mówi s. Jolanta. – Większość ludzi z góry skreśla uzależnionych. Ja to myślenie musiałam zmienić. Zrozumiałam, że to jest choroba, i to śmiertelna, z nawrotami. Trafiali do mnie różni ludzie: aktorzy, muzycy, artyści. Na każdego staram się patrzeć ze zrozumieniem. Czasami oczywiście tej cierpliwości mi brakuje, ale wciąż nad tym pracuję.

A co ta praca odbiera? – Ja szczególnych kosztów nie widzę – mówi s. Jolanta. – Może poza tym, że trzeba uważać, by się nie współuzależnić. Osoba w nałogu potrafi wciągnąć w swoje życie. Trzeba uważać, żeby nie przekroczyć tej granicy. Czy mi się to zdarza? Coraz rzadziej.

Wśród najważniejszych zasad, które wyznaje, s. Jolanta wymienia jeszcze taką: by nie pchać się z wiarą. – To są ludzie o różnych doświadczeniach, różnie wychowani – opowiada. – Zdarza się, że któryś ksiądz na spowiedzi niewłaściwie ich potraktował. I oni od razu się zamykają. Przez całe życie myśleli, że na miłość trzeba zasłużyć. Mówię im: nie musisz niczego udowadniać, Bóg kocha cię bezwarunkowo.

Długo nie mogą tego zrozumieć. Ale kiedy już się udaje, to tak jakby rodzili się na nowo.

Ostatnio po wspólnym różańcu jeden chłopak powiedział: – Siostra, jeszcze nigdy nie czułem się tak dobrze.

– Duchowo? – zapytała.

– Fizycznie, siostro, fizycznie! ©

Więcej informacji o wsparciu dla projektu Centrum Pasja Życia na stronie www.pasjazycia.org

Artykuł został zaczerpnięty ze strony:

https://www.tygodnikpowszechny.pl/nie-nawracac-na-sile-33001

Leave a Reply